Make your own free website on Tripod.com

Doszliśmy do dna

Wtorek, 12 lutego 2002r.

Rozmowa z dr. BOHDANEM ŁUKASZEWICZEM, adiunktem Wydziału Organizacji i Zarządzania Politechniki Śląskiej

- Mamy już w województwie śląskim 15,5-proc. bezrobocie, a w kraju 17,4-proc. Czy można było przewidzieć taki "wybuch"?
 

- Z końcem roku w urzędach pracy zarejestrowało się ponad 60 tys. ludzi, przechodząc z rynku pracy na tzw. świadczenia i zasiłki przedemerytalne. To oznacza, że zwalniają się z firmy, dostają 500-600 zł zasiłku i szukają roboty na czarno. Na Śląsku mamy 313 tys. bezrobotnych. Mnożąc najskromniej razy dwa daje to około 700 tys. ludzi bez pracy. W kraju jest to ponad 3 mln bezrobotnych. Trzeba sobie wreszcie powiedzieć, że ten system jest chory.

- Gdzie tkwi przyczyna? Jedni mówią o kodeksie pracy, inni o przeciążeniu podatkami, jeszcze inni o zastoju gospodarczym.
 

- Zacznijmy i skończmy na urzędach pracy. Aż 50-70 proc. ich funduszy przeznaczane jest na zasiłki, a nie na aktywne formy zwalczania bezrobocia. Nie wolno urzędów pracy obarczać obowiązkami należącymi do ZUS czy pomocy społecznej. To jest schizofrenia! Gdybym to opowiedział w Niemczech, Francji czy w innych państwach Europy, powiedzieliby, że chyba nie mamy wszystkich w domu...

- Ten stan trwa już ładnych parę lat...
 

- Za tym kryje się przewrotność urzędnicza. Jeśli ktoś miałby zasiłek dostawać z ZUS, termin wypłaty mijałby 15. dnia miesiąca. Potem jest sąd i wygrana obywatela. A urząd pracy może mu powiedzieć: przyjdź za tydzień-dwa, na razie nie mamy pieniędzy. Urząd pracy powinien zajmować się tym, co do niego należy: kontaktami permanentnymi z pracodawcami, analizowaniem, gdzie by można było bezrobotnego wysłać do pracy, jakie on ma kwalifikacje, a głównie pośrednictwem pracy i doradztwem zawodowym.

- Pośredniczyć w zatrudnieniu nie mogą, bo pracodawcy nie wysyłają żadnych ofert.
 

- Ale też urzędy nie wiedzą, jakimi kwalifikacjami wykazują się bezrobotni. Przebadałem 320 powiatowych urzędów pracy i okazało się, że 29 wykazało aktywność w analizie rynku pracy, w tym 10 wyróżniało się na tym polu, a wśród nich jeden śląski urząd pracy. Na podstawie przeprowadzonych badań sporządziłem algorytm do zastosowania we wszystkich urzędach i w grudniu 2001 r. komisja rządowa, po recenzjach Ministerstwa Pracy, Rządowego Centrum Studiów Strategicznych, ekspertów Uniwersytetu Łódzkiego i Warszawskiego, przyjęła go do wdrożenia. Na ten program z metodyką analizy rynku pracy zagwarantowano też finanse.

- Podobno jednak pilotażowy program opracowany przez pana - nie od rzeczy będzie podkreślić, że na Śląsku - minister pracy Jerzy Hausner zechce wdrożyć w swoim Krakowie...
 

- Na razie nie ma decyzji co do miejsca wdrożenia programu. Wierzę, że Śląsk nie zostanie pominięty. To ważne, bo optymistycznie mówiąc zatrudnienie w latach 2005-2006 wzrośnie u nas o 8 proc. Nie nastąpi więc wymiana pokoleń. Starsi pójdą na emeryturę, a ich stanowiska się zlikwiduje.

- Przeprowadzał pan badania śląskiego rynku pracy od 1995 roku. Nie było wiadomo, że jest źle i będzie gorzej?
 

- Badaniami objęliśmy wówczas kilka aspektów. Na plan pierwszy wysunęła się sprawa metody analizy rynku pracy, którą mogłyby wykorzystać urzędy pracy w działaniach praktycznych. Tymczasem ledwie wyklarowała się metoda, podjęto fatalną w skutkach decyzję przekazania urzędów pracy samorządom w okresie ich restrukturyzacji. W dodatku na Śląsku ruszyła wtedy fala bezrobocia. Pytam: kto w powiecie znał zagadnienia rynku pracy? Za bezrobocie, politykę związaną z rynkiem pracy odpowiada rząd i konkretni ministrowie. Bezrobocie to bowiem także korelacja między przemysłem a szkolnictwem. Danie tego starostwom powinno więc być poprzedzone 3-4-letnim szkoleniem. Pytam też: co się stało z Radami Zatrudnienia? Nie funkcjonują aktywnie od kilku lat.

- Decydujący wpływ na zatrudnienie mają u nas inwestycje, podatki i obciążenia pracodawcy kosztami pracy. Tu nie mamy czym się pochwalić w tych dziedzinach.
 

- Dopiero teraz dochodzimy do wniosku, że trzeba skojarzyć prywatny i państwowy kapitał, by malało bezrobocie. Po 10 latach bicia przez nas głową w mur! Na całym świecie za tworzenie miejsc pracy odpowiadają wszyscy. W naszym kraju do tej pory było to zadanie przedsiębiorców. Czasami jako temat zastępczy wywoływało się kwestię edukacji kadr potrzebnych pracodawcom. Tymczasem z analizy na 2002 r. dokonanej przez GUS, na podstawie odpowiedzi 300 tys. podmiotów gospodarczych wynika, iż 95 proc. przedsiębiorców chce zatrudnić robotników z konkretnymi umiejętnościami, jak piekarz, ślusarz czy murarz, a jedynie 5 proc. chce dać pracę wykwalifikowanym kadrom z wyższym wykształceniem.

- A tymczasem mamy 30 proc. młodych studiujących...
 

- I to jest głęboko niemoralne! Kształcimy ich, windujemy wysoko ich aspiracje, a potem dajemy im posadę z wymaganiami poniżej kwalifikacji. Prowadząc przed kilkoma laty międzygminny ośrodek edukacji zaprosiłem rodziców dzieci, które chciały iść na medycynę. Był też dyrektor ZOZ z Gliwic. Trzeba było słuchać, jaki krzyk się podniósł, gdy próbowaliśmy mówić o kłopotach na rynku pracy. Matki krzyczały, że medycyna to prestiż i zawód potrzebny w każdych czasach.

- Czy szkoły nie wiedzą, jakich fachowców będzie potrzebował rynek?
 

- Tego nawet urząd pracy nie wie. Urzędnicy pytają bezrobotnego o przygotowanie formalne. Ostatnio mój sąsiad prosił o wypełnienie mu ankiety dla urzędu pracy. Przez ostatnich 10 lat był placowym. Ale ponieważ skończył szkołę mechaniczną z zawodem ślusarza, wpisano, że jest ślusarzem i takiej pracy się dla niego szuka. Nikt go nie zapytał, co on potrafi: pisać pisma, obsługiwać komputer, czy sprzątać. Czy ktoś z biurokracji śląskiej zastanowił się, że w urzędach pracy ludzie nie mają pojęcia, gdzie można by wysłać do roboty człowieka przez lata obsługującego prasę hydrauliczną? Z bezrobotnym nie rozmawiają bowiem kadry techniczne, które całe życie związały z przemysłem, ale urzędniczki po maturze, pedagogice, psychologii, socjologii, które nie wiedzą, co to fabryka i nigdy w niej nie pracowały.

- A więc poprawy oczekuje uporządkowanie rynku pracy: zdiagnozowanie zatrudnienia i bezrobocia, trzeba też zabrać urzędom pracy wszelkie zajęcia, które nie wiążą się z pośrednictwem pracy?
 

- Po trzecie, należy wykorzystać Rady Zatrudnienia. Walka z bezrobociem to zadanie dla nas wszystkich: pracodawców, urzędników, związkowców, samorządu. Wariant pesymistyczny przygotowany dla Polski przez banki mówi o tym, że już wiosną możemy mieć 3 mln 150 tys. bezrobotnych. Wtedy ludzie mogą wyjść na ulice. Do tego nie wolno dopuścić.

Rozmawiała: BEATA SYPUŁA - Dziennik Zachodni

Zrodlo: NaszeMiasto.pl katowicki serwis informacyjny