Make your own free website on Tripod.com

Dlaczego Śląsk jest wciąż przegrany

Barbara Cieszewska

Bez względu na to jak, głośno i często słyszeć będziemy wołania o potrzebę restrukturyzacji śląskiego przemysłu, także o kontrakt dla Śląska, istnieje co najmniej kilkanaście istotnych powodów, dla których proces ten będzie przebiegał wolno i niemrawo. Na pewno dużo wolniej niż mógłby. Jeśli tym razem pominąć istotne hamulce natury zewnętrznej, jak na przykład brak kapitału na tak kolosalną operację, to równie niebezpieczne są te, które tkwią wewnątrz Śląska.

Najbardziej niebezpieczną słabością Śląska jest jego monokultura. Na tę dość oczywistą prawdę zwraca uwagę m. in. Irena Lipowicz, posłanka znana ze swej rozwagi, z dziada pradziada związana ze Śląskiem. W jednym z wywiadów w lokalnej prasie twierdzi, że: "Gdyby istniała tu złożona struktura przemysłowa, nie byłoby się czego bać. A my jesteśmy w tej sytuacji, w której należy liczyć się z tym, że może nastąpić głębokie załamanie". Jeśli załamałaby się podstawowa śląska specjalność, a więc górnictwo, to wtedy reszta gospodarki regionu nie byłaby w stanie wchłonąć masy zwolnionych ludzi. Nikt nie wierzy w upadek górnictwa, choćby ze względu na brak innych, wystarczających źródeł energii w kraju. Nawet 6, 5 biliona starych złotych tegorocznych strat nie zmienia postawy wobec śląskiego węgla, mimo że stan, jaki osiągnęło górnictwo tego lata, sam wiceminister przemysłu, Jerzy Markowski, określił jako agonalny.

1.

Mimo ogromnego nadmiaru węgla w kraju, rzędu 15 milionów ton rocznie, liczne związki zawodowe, silne i te najsłabsze, walczą o przedłużanie żywota kopalń o kończących się zasobach, o nieopłacalnej od lat eksploatacji, o czym świadczy choćby ostatni przykład kopalni "Jowisz". Jest to pierwszy powód, dla którego zmiany na Śląsku przebiegać będą z wielkimi oporami. Istotą związków zawodowych jest obrona pracowników, więc to podejście uznać można za oczywiste i naturalne, wcale to jednak nie ułatwi przestawiania województwa katowickiego na bardziej nowoczesne tory.

Górnicza "Solidarność", poza głośnymi zajazdami na Warszawę, na co dzień stara się wprawdzie działać metodami bardziej cywilizowanymi, negocjuje układy z pracodawcami, jeśli już wybiera strajki, to robi wszystko, aby były legalne itp. Wszystko stanowi wprawdzie o sile związku, lecz także o sile górnictwa, które nie podda się redukcji bez ostrej walki. Marek Kempski, przewodniczący Regionu Śląsko-Dąbrowskiego "S", zapytany przez dziennikarza "Dziennika Zachodniego", czy zrezygnują z górniczych przywilejów, odpowiada z rozbrajającą szczerością... "Nie. Będziemy starali się je rozszerzyć, na inne grupy zawodowe także".

Z tezą, że "S" jako związek zawodowy będzie pełniła funkcję hamulcowego reform, zupełnie nie zgadza się Karol Łużniak, szef Krajowej Komisji Górnictwa. "Związek chce przygotować bazę, by te przemiany były dla ludzi. Naturalnie przy decyzjach o likwidacji kopalń będziemy pytać, co ludzie pracujący w tej kopalni mają robić. Jeśli będziemy mieli przygotowany program, w którym powie się, że jedni pójdą na zasiłki, inni otrzymają ofertę nowych miejsc pracy, jeszcze inni pójdą na osłony socjalne, a reszta skorzysta z osłon socjalnych, to nie jest to hamowanie, ale zabezpieczanie bytu tych ludzi". Jeśli górnik nie będzie chciał natomiast skorzystać z żadnej z tych ofert, to zdaniem Łużniaka już jego sprawa, bo związek złożył mu propozycję zaspokajającą jego potrzeby. Zadaniem związku jest przypominanie rządowi, że należy myśleć o nowych miejscach pracy dla górników. "Ciągle mówimy rządowi w ten sposób -- mówi Łużniak. -- Rozumiemy proces przemian, że musi nastąpić restrukturyzacja, natomiast uważamy, iż taki proces musi być przygotowany kompleksowo, a więc musi dawać odpowiedź na pytanie, co górnik ma ze sobą zrobić".

Łużniak przyznał, że zdaniem "S" słuszne jest także całkowite sczerpywanie złóż, bo jeśli się kopalnię zlikwiduje, to one bezpowrotnie giną. Chyba że zastosuje się takie metody likwidacji, by w krótkim czasie można wrócić do pozostawionych złóż, metody i systemy likwidacji, jakie stosuje się w Niemczech. U nas likwiduje się fizycznie kopalnie. "Gdyby się u nas mówiło o takich jak w Niemczech metodach likwidacji, byłoby nam łatwiej się dogadywać".

Poza "Solidarnością" i także silnymi "starymi" związkami górników działają tu też małe, lecz tym bardziej głośne związki typu "Sierpień '80", które niemal o każdą likwidowaną kopalnię walczą "do ostatniej kropli krwi". Na pytanie "Rz" zadane podczas jednej z konferencji prasowych, czy mogą powiedzieć, kiedy związek zgodziłby się na likwidację kopalni, Daniel Podrzycki, szef "Sierpnia", odparł, że kopalnia ma pracować do sczerpania ostatniego złoża. Na temat opłacalności nie powiedział ani słowa. Specjalnością "Sierpnia" są głośne pikiety, okupacje budynków, głównie Państwowej Agencji Węgla Kamiennego itp. A wszystko to w imię walki z obcym kapitałem, Bankiem Światowym i Międzynarodowym Funduszem Walutowym na czele, których celem jest zniszczenie polskiego górnictwa, jak głosi czołowy ekspert "Sierpnia".

2.

Górnicy zagrożeni utratą pracy słuchają tego typu haseł i pod wodzą związkowców walczą o utrzymanie tego, co już zdobyli. I jest to druga istotna przeszkoda, o którą potykać się będzie restrukturyzacja Śląska. Powód najpoważniejszy i najbardziej dramatyczny. W tradycyjnych górniczych rodzinach żony zwykle nie pracują, a nawet gdyby chciały podjąć pracę, to dzisiaj dla niewykwalifikowanych kobiet o nią najtrudniej. Z górniczej pensji żyją więc całe rodziny, często prawie całe miasta, jak Jastrzębie i Żory. W samych Katowicach, gdzie jest na szczęście trochę innych firm, działa 6 kopalń.

Do tej pory nikt nie znalazł sensownej alternatywy dla górników, których należałoby zwolnić, aby kopalnie stały się rentowne. Zwykle tłumaczono, że nie ma pieniędzy na przekwalifikowanie, nie ma kapitału na tworzenie nowych miejsc pracy. Niechętnie mówi się natomiast o tym, o czym sami Ślązacy wiedzą doskonale, a potwierdzają badania socjologiczne, że górnicy nie palą się do zmiany pracy. Rodowici Ślązacy są z natury swej konserwatywni, jak przyznaje też w wywiadzie dla "Dziennika Zachodniego" wiceminister Markowski: "My to mamy we krwi, że trzeba się trzymać jednej roboty" -- mówi.

Kiedy w czasie jednej z "gorących" okupacji gmachu PAWK pytam trzydziestokilkuletniego górnika, czy rzeczywiście marzy o tym, żeby do emerytury pracować pod ziemią, zirytowany wykrzykuje, iż po piętnastu latach pod ziemią ma już tak zniszczone zdrowie, że do żadnej innej pracy go nie przyjmą. Prawdopodobnie ma dużo racji, choć można by się spierać, czy w takim stanie zdrowia powinien pracować pod ziemią.

3.

I tu wyłania się kolejny, trzeci powód, dla którego przemiany na Śląsku będą niesłychanie trudne do przeprowadzenia: fatalny poziom wykształcenia ludzi tu mieszkających. O Ślązakach zwykło się mówić, że są niesłychanie pracowici i rzetelni w tym, co robią, i to wszystko. Dopiero ostatnio głośno mówi się o edukacyjnym zacofaniu Górnego Śląska. Tylko 20 procent młodzieży kończy licea ogólnokształcące, czyli dwukrotnie mniej niż w województwie stołecznym, a ponad 50 procent to absolwenci zasadniczych szkół zawodowych. Podczas obrad sejmiku samorządowego profesor Marek Szczepański, socjolog, przypomniał, że od 30 lat odsetek młodzieży kształcącej się w liceach systematycznie spadał, z 23 procent w 1955 roku do 18 procent u schyłku lat osiemdziesiątych. Ostatnio sytuacja nieco się poprawia, lecz wciąż województwo katowickie jest na jednym z ostatnich miejsc w kraju. Pod względem stopnia wykształcenia na poziomie wyższym wśród pracowników sektora publicznego województwo katowickie uplasowało się w ubiegłym roku na 32. miejscu w kraju. Pod względem udziału pracowników z wykształceniem średnim ogólnokształcącym natomiast na 41. miejscu. Zdaniem profesora Szczepańskiego znaczącą część absolwentów ZSZ określić można jako "funkcjonalnych analfabetów". Opanowali bowiem wprawdzie sztukę czytania i pisania, lecz wskutek wąskoprofilowej formy kształcenia nie wykorzystują w życiu tej sztuki, którą posiedli.

Tezę tę potwierdza praktyk Karol Łużniak, dziś szef Komisji Górnictwa "S", kiedyś nauczyciel w Zasadniczej Szkole Górniczej. Pamięta dokładnie, że kiedy usiłował wpoić swym uczniom nieco więcej niż wymagał tego straszliwie okrojony program, gdy uczniom poniżej dopuszczalnego poziomu wlepił na okres dwóje, wtedy władze szkolne zwolniły go z pracy, poszedł więc pracować do kopalni. Trudno winić o to samych górników, lecz faktem jest, że zgodzili się na taki los, być może nie mając innego wyjścia.

Restrukturyzacji regionu nie przeprowadzą, zdaniem profesora Szczepańskiego, ludzie o tak niskim poziomie wykształcenia. Potrzebna jest nowa formacja "indywidualistów o nowoczesnej osobowości", dowodzi profesor. Z trybuny sejmiku samorządowego proponował też, byśmy pochylili czoła i uszanowali pracę górników i hutników, bo jest to ciężka praca, lecz "promujmy tych ludzi, którzy zapewnią nam cywilizacyjny awans województwa, promujmy ludzi o osobowości nowoczesnej". Przypominał też, że w Ameryce i Europie Zachodniej nadchodzi czas "umysłowego robotnika" (określenie stworzył Peter Drucker) , robotnika z wyższym wykształceniem.

4.

To właśnie zapóźnienie edukacyjne jest jedną z przyczyn braku nowoczesnych fachowców wsferze gospodarki. O ile silną stroną katowickiej Akademii Ekonomicznej, jak dowodzi ranking wyższych uczelni, jest nauka o finansach, o tyle nie słynie już w innych dziedzinach. Wprawdzie studiująca tu młodzież, głównie ta zgrupowana w AISEC, znająca języki obce dużo lepiej od profesorów uczelni, rokuje jak najlepiej, lecz jest to głównie jej zasługa.

Brak tu umiejętności zabiegania o kredyty, o potrzebne na restrukturyzację kapitały, tworzenia biznesplanów odpowiadających europejskim standardom. Ostatnio profesjonalna jakoby Agencja Promocji Wspólnych Przedsiębiorstw w obskurnej dworcowej gablocie reklamowała linie kredytowe Strudera w taki sposób, że urągało to nawet najniższym standardom.

5.

Potężne lobby górnicze będzie kolejnym elementem hamującym przemiany w województwie. W wydanych w ubiegłym roku szkicach socjologicznych zatytułowanych "Górnicy górnośląscy -- ludzie zbędni, ludzie luźni" autorzy piszą wprost, że restrukturyzacja zawsze jest prowadzona w czyimś interesie i dla kogoś, "ale jednocześnie narusza interesy jednostek i grup społecznych zaangażowanych w utrzymanie status quo (. .. ) jest więc grą o sumie zerowej, w której sukces jednych oznacza porażkę innych (. .. ) Z jednej strony kontestujące grupy w górnictwie tworzyć mogą i już tworzą ludzie najniżej kwalifikowani, z drugiej zaś -- kadra zarządzająca, szczególnie nagradzana materialnie i symbolicznie, w realnym socjalizmie i po jego upadku".

Status quo bronić będą same spółki węglowe, choć przymuszone do rentowności skłonne będą ograniczyć wydobycie węgla do uzasadnionych ekonomicznie rozmiarów, jeśli tylko rozwiązany zostanie problem nowych miejsc pracy dla zwalnianych, co zresztą nie nastąpi tak szybko. Jeśli nawet nastąpi, to zarządy spółek węglowych zawsze będą udowadniać, co zresztą czynią już teraz, że przyszłość należy do węgla. Do polskiego węgla szczególnie, jak dowodzą, wobec ograniczania wydobycia w Niemczech i bliskiego zakończenia eksploatacji w Anglii.

Tezę tę wspierają takie eksportowe kolosy, jak "Węglokoks", który znalazł się na pierwszym miejscu listy rankingowej polskich eksporterów, sporządzonej przez "Politykę". Głoszą ją tym silniej, im bardziej nieopłacalny staje się eksport polskiego węgla, a racją jego bytu jest fakt, że pozwala przeżyć spółkom węglowym 6, 5-bilionowe straty, dostarczając im za eksport żywą gotówkę na wypłaty. Szefowie spółek węglowych dowodzą, że gdy koszty stałe kopalń sięgają 70 procent, produkcja węgla na eksport, nawet sprzedawanego poniżej kosztów wydobycia, pozwala na minimalizowanie strat, jest więc "mniejszym złem".

Górnicze lobby walcząc o swój byt stara się nie zauważać faktu, że gospodarka oparta prawie tylko na węglu jest najgorszym typem gospodarki. Profesor Ted Parson z J. F. Kennedy School of Government w Uniwersytecie Harvarda rysuje studentom wykres gospodarki "typu węglowego", zaznacza przy tym, iż jest nią m. in. polska gospodarka, i dowodzi, że jest to najgorszy z możliwych wariantów. Cywilizowany świat zgodny jest co do tego, że spalanie węgla jest w 75 procentach winne produkcji dwutlenku siarki, a więc kwaśnym deszczom i niemal w równym stopniu produkcji tlenku węgla, co powoduje efekt cieplarniany. Podpisywane traktaty międzynarodowe o ograniczaniu tych skażeń nie są jeszcze wprawdzie w pełni realizowane, lecz przy wchodzeniu do Europy będziemy z tych zobowiązań rozliczani. Jednak górnicze lobby traktuje te problemy jako fanaberie bogatych.

6.

Ostatnio tak się składa, że najwyższą funkcję państwową w województwie pełni człowiek od zawsze związany z górnictwem, wiceministrem przemysłu jest były sekretarz górnictwa KW PZPR, a ostatnio dyrektor kopalni. Wojewoda Eugeniusz Ciszak pochodzi z najwyższych górniczych sfer (dawniej wiceminister górnictwa, a także członek Komisji Węglowej EWG, ostatnio zaś szef Górniczej Izby Węglowej walczącej o docenianie górnictwa) , nie będzie osobą, która łatwo pogodzi się z poglądem, że górnictwo, zamiast rozwijać się, stawać się powinno zanikającą gałęzią śląskiego przemysłu. Trudno spodziewać się tego również po wiceministrze Markowskim, który -- zanim poszedł do Warszawy -- kończył budowę kopalni "Budryk". Przekonują zresztą o tym jego ostatnie decyzje przedłużające żywot kolejnym kopalniom.

7.

W ostatnich dwóch latach powstała na Śląsku silna prasa górnicza, która jest kolejnym elementem wspierającym utrzymanie status quo. Każda spółka węglowa ma swój tygodnik, co ma wprawdzie służyć wzajemnemu komunikowaniu się góry z górniczymi dołami, lecz oczywiste jest, że pisze się głównie o osiągnięciach i wysiłkach dla ratowania górnictwa. "Trybuna Śląska" stale dowodząca, że jest największym dziennikiem polskim, zgodziła się na szczególny układ z górnictwem, bo co czwartek publikuje "wkładkę", czyli zielony dodatek w postaci "Trybuny Górniczej". Górnicza wkładka deklarowała wprawdzie w swych początkach, że będzie w pełni obiektywna i niezależna od górnictwa, lecz jej uważna lektura przekonuje, iż stosuje stare, dobrze sprawdzone wzory. O ile łatwo można tam znaleźć teksty o wymownym tytule "Nie jesteśmy balastem", o tyle nie znajdzie się na jej łamach tekstów prezentujących przeciwny punkt widzenia.

8.

Kolejna śląska specjalność -- hutnictwo, następny przemysł ciężki. Do niedawna w głębokim kryzysie, mimo że jako jedna z nielicznych gałęzi miało przyjęte przez wszystkie strony sektorowe studium restrukturyzacji, pozostawione przez kolejne rządy samemu sobie, postanowiło ratować się samo. Ratuje się skutecznie, kolejne huty unowocześniają swe wydziały, co można z ulgą zaakceptować. Okazuje się jednak, że przed upadkiem ratuje się tak skutecznie, że nawet w objętej likwidacją Hucie Bobrek, która teoretycznie przestała istnieć, spółki, które tam powstały, produkują stal dalej. Nabrały w żagle wiatr koniunktury na stal, że ostatnio przymierzają się nawet do modernizacji martenów. A są to ostatnie już marteny w cywilizowanym świecie. Wojewódzki ekolog rozkłada ręce, bo na tę hutę nie ma sposobu, jeszcze tylko wojewódzki inspektor ochrony środowiska przymierza się do kontroli emisji skażeń i cała zabawa z nakładaniem kar za przekroczenia, odwołaniami itp. rozpocznie się od nowa. Huta zyska tymczasem znów kilka lat życia. I trudno dziwić się samym hutnikom, że walczą o swoje, skoro nikt nie potrafi pomóc im w znalezieniu nowego sposobu na życie dla nich i ich rodzin. A do tego, że Bytom należy do najbardziej skażonych miast, a jego dzielnica Bobrek, w której znajduje się huta, ma największy w kraju wskaźnik śmiertelności niemowląt, już wszyscy tu zdążyli się przyzwyczaić. Szefowie śląskiej ekologii skłonni są nawet udowadniać, iż to nie tylko wina samej huty, lecz faktu, że dzielnica ta należy do najbiedniejszych i najbardziej zaniedbanych.

9.

Rządząca śląska koalicja mimo wielokrotnych zapowiedzi nie zdobyła się do tej pory na stworzenie spójnej koncepcji rozwoju regionu. Włączyła się wprawdzie w tworzenie kontraktu regionalnego, lecz sam kontrakt nie daje jeszcze konkretnych odpowiedzi na pytanie, jak powinien wyglądać Śląsk za lat dwadzieścia czy pięćdziesiąt. Posłowie SLD natomiast z ogromną energią zaangażowali się w prace Polskiego Towarzystwa Węglowego. Jego prezesem został Andrzej Szarawarski, a sekretarzem Ryszard Zając. Na razie toczą batalię o dopuszczenie prywatnych pośredników do handlu węglem, a po jej wygraniu zapowiadają prace nad tworzeniem koncepcji przyszłości górnictwa na Śląsku.

10.

Obrazu dopełniają prace nad zmianą oblicza województwa prowadzone systemem społecznym, gdzie amatorskie podejście do tego skomplikowanego problemu podnosi się do rangi cnoty, bo świadczy ponoć o zaangażowaniu wszystkich sił województwa. Społeczna Rada Gospodarcza Wojewody liczy 462 członków, a z 70 wniosków przez nią sformułowanych ogromna większość to pomysły czasem naiwne, czasem śmieszne, a na pewno nienowe.

Jasnym punktem w tym ciemnym śląskim obrazie są najniższe szczeble władzy, czyli same gminy (świetnym przykładem może tu być niewielki Rybnik) , które -- jakby wiedziały, że trudno liczyć na szybką pomoc z góry -- wykazują wiele inwencji w szukaniu dla siebie nowego sposobu na rozwój.